Misja olimpijska

O pasji fotografowania i opiece medycznej nad zawodnikami w trakcie igrzysk olimpijskich rozmawiamy z dr. n. med. Karolem Malcem, specjalistą medycyny sportowej.

Dr Karol Malec

Pańskie zdjęcie pt. „Olimpic and art”, nagrodzone w XII edycji Międzynarodowego Salonu Fotografii Artystycznej Lekarzy Photo Art Medica 2024, właśnie jest prezentowane w Rzymie. Wcześniej można je było zobaczyć w Polsce, na wystawie zorganizowanej przez częstochowską Izbę Lekarską. Fotografia to Pana pasja?

Nagrodzona praca „Olimpic and Art”

– Zdecydowanie tak, od czasów studenckich. Choć tak naprawdę rozwinęła się, gdy trafiłem do Polskiego Związku Kajakowego i zacząłem robić zdjęcia sportowe. Wówczas pasja fotografowania ruszyła pełną parą. Za zdjęcia sportowe dostawałem także wyróżnienia w poprzednich latach, mimo że jestem „fotograficznym samoukiem”. 

Zdradźmy zatem „krótką historię jednego zdjęcia”, czyli jak Pan trafił jako lekarz kadry narodowej na olimpiadę w Paryżu.

– To jest długa historia… Zaraz po studiach na Wydziale Lekarskim w Collegium Medicum UJ pracowałem w Katedrze Medycyny Sportowej na AWF w Krakowie, ponieważ moje dwie pasje to sport i medycyna. Później ukończyłem specjalizację z chorób wewnętrznych oraz medycyny ratunkowej, a po wielu perypetiach i trzech czy czterech latach czekania trafiłem na specjalizację z medycyny sportowej, na którą w Polsce bardzo trudno się dostać z powodu niewielkiej liczby miejsc. Ale przyznam, że każda z moich specjalizacji się uzupełnia i np. wiedza z interny bardzo pomaga mi w medycynie sportowej, podobnie medycyna ratunkowa.

Po zakończeniu współpracy z AWF-em, w 2017 r. związałem się z Polskim Związkiem Kajakowym i pracowałem tam do zeszłego roku. Z drużyną slalomu kajakowego trafiłem najpierw na igrzyska w Tokio w 2021 r., a potem zostałem powołany na kolejne – właśnie w Paryżu w 2024 r.

Zdjęcie wyróżnione „Dante”

Jak wygląda praca w misji medycznej na olimpiadzie?

– Przede wszystkim opiekowałem się zawodnikami slalomu kajakowego, czyli czterema osobami, zarówno w wiosce olimpijskiej, jak i przy treningach na torze kajakowym. Oczywiście także w trakcie zawodów. To nie jest tylko taka opieka stricte medyczna, gdyż w różnych sytuacjach należy pomóc. W Paryżu przez pierwszy tydzień, kiedy startowali moi zawodnicy, to zajmowałem się głównie nimi. Przez kolejny tydzień do zakończenia igrzysk mieszkałem w wiosce olimpijskiej i jako członek misji PKOl byłem do dyspozycji wszystkich sportowców z Polski.

Niektóre drużyny są tak małe, że nie mają swojego lekarza.

– Tak, ale zawsze mamy własne ambulatorium w wiosce olimpijskiej, w którym każdy z lekarzy (w Paryżu było nas czternastu) ma kilka godzin dyżuru dziennie. Ambulatorium organizują lekarze i fizjoterapeuci z ramienia PKOl, a poszczególne związki, tak jak PZKaj, powołują swoich lekarzy i zgłaszają je do PKOl-u kilka miesięcy przed igrzyskami.

Uzgadniają Państwo z trenerami strategie, w jaki sposób wesprzeć zawodników?

– Czasem tak się zdarzało. Ale większość współpracy tak naprawdę jest poza zawodami. Lekarzem kadry jest się przez cały rok, nie tylko na igrzyskach, dlatego ciągle musimy myśleć,  jak wspomóc naszych zawodników. Najważniejsze jest, by w razie kontuzji czy dolegliwości mogli  zostać szybko zdiagnozowani, szybko wrócli do pełnej formy i nie rezygnowali z  możliwości startu. Poza tym każdy zawodnik należący do kadry Polski ma okresowe badania w Centralnym Ośrodku Medycyny Sportowej. Po tych badaniach wiemy, czy dany zawodnik wymaga dalszej diagnostyki lub leczenia – co m.in. należy do lekarza kadry.

Klaudia Zwolińska zdobyła w Paryżu srebrny medal. Na igrzyskach są Państwo nie tylko lekarzami, ale też zagorzałymi kibicami swoich „podopiecznych”.

– Oczywiście, że tak. Emocje w trakcie startów są ogromne. Kiedy zaczynałem pracę w PZKaj, te emocje nie udzielały się tak bardzo, ale po pewnym czasie stałem się ogromnym kibicem swoich zawodników. Zżycie się z teamem jest ważne i bardzo ułatwia współpracę. To są tak naprawdę moje koleżanki i koledzy, którzy wiedzą, że w każdym momencie mogą się do mnie zwrócić o pomoc.

Głośna była nie tak dawno historia Igi Świątek, która po zażyciu zwykłej melatoniny miała pozytywny wynik testu antydopingowego. Kontrolowanie tego, co zażywają zawodnicy, wiąże się z dużą odpowiedzialnością dla lekarza, nie tylko za ich zdrowie, ale i sukcesy sportowe. 

– Zarówno w Związku Kajakowym, jak i w Polskim Związku Narciarskim, w którym od września pracuję jako lekarz kadry i przewodniczący Komisji Medycznej PZN, sprawdzamy, czy leki, jakie zażywają zawodnicy, nie są na liście substancji zabronionych Światowej Organizacji Antydopingowej (WADA). Taka lista jest publikowana co roku. W ramach PZN jestem  tą osobą, która współpracuje z Polską Agencją Antydopingową (POLADA). Zawsze możemy  zadzwonić na numer konsultanta i uzyskać pomoc albo sprawdzić dany lek bądź suplement na liście substancji zabronionych zamieszczonej na stronie internetowej WADA-y. Najważniejsze jest to, że zawodnicy chcą, żeby im pomóc i nie biorą niczego na własną rękę, tylko za każdym razem zgłaszają się do nas.

Podejrzewam, że igrzyska w Tokio pod względem medycznym były większym wyzwaniem.  Zmiana klimatu, jet lag, inne jedzenie, pandemia.

– Igrzyska w Tokio były wyzwaniem i to dużym. Po zmianie strefy czasowej zawodnicy potrzebują kilku dni, żeby dojść do pełnej formy. Tym bardziej że był to lot na wschód, co wiąże się z większym obciążeniem dla organizmu. Ale i tak największym egzaminem była pandemia. Obowiązkowe maseczki, zakaz wychodzenia z wioski olimpijskiej (można było wyjeżdżać tylko na swoje konkurencje), codzienne poranne testy covidowe.  W Paryżu wyglądało to zupełnie inaczej, wioska była otwarta i można było normalnie się poruszać po mieście. Dzięki temu powstało nagrodzone zdjęcie.

A jak wyglądała współpraca w Tokio z lokalnymi szpitalami i medykami? Mamy takie wyobrażenie Japonii jako kraju bardziej zaawansowanego technologicznie, ale też obcego nam kulturowo. 

– Zawsze w wiosce olimpijskiej jest poliklinika, w której jest praktycznie wszystko, co możemy spotkać w szpitalach, tylko w mikroskali: oddział ratunkowy, oddziały zarówno internistyczne, jak i chirurgiczne, radiologia. Można w ciągu kilku godzin zrobić tomografię czy rezonans magnetyczny. Tokijska klinika była wyposażona porównywalnie jak szpitale europejskie. Pracowali w niej lokalni lekarze. Jeśli chodzi o różnice kulturowe, pierwszą rzeczą, której się doświadcza, jest to, że Japończycy są bardzo zamknięci w sobie.

Maryna Gąsienica-Daniel

Wybiera się Pan na igrzyska do Mediolanu?

– Bardzo bym chciał, ale decyzja, którzy lekarze pojadą na IO, należy do Polskiego Komitetu Olimpijskiego. Cała organizacja sztabu medycznego zaczyna się kilka miesięcy przed igrzyskami. Mam nadzieję, że Polski Związek Narciarski ze swojej strony zgłosi mnie jako lekarza, a co będzie, to zobaczymy.

Był Pan także koordynatorem medycznym na III Igrzyskach Europejskich w Krakowie w 2023 r. Czym się Pan zajmował?

– Byłem osobą, która koordynowała zabezpieczenie medyczne zarówno na poszczególnych arenach, jak i w ambulatorium, które funkcjonowało w wiosce na terenie AGH. Prowadziliśmy też współpracę z POLADA-ą. Staraliśmy się, żeby  wszystko funkcjonowało jak należy. Sprawdzaliśmy, czy jest odpowiednia liczba ratowników i karetek, czy w odpowiednich miejscach te karetki są rozmieszczone, np. w trakcie triathlonu, który odbywał się w Nowej Hucie, czy kajakarstwa w Kryspinowie.

Oprócz tego, że mieliśmy ambulatorium, to w akademiku AGH utworzone było nawet stanowisko intensywnej terapii. Podjęliśmy również współpracę ze Szpitalem Wojskowym w Krakowie w ramach szybkiej ścieżki diagnostycznej. Tam też byli kierowani sportowcy w przypadku poważniejszych problemów zdrowotnych. Czyli wszystko było zorganizowane podobnie jak w wioskach olimpijskich. Współpraca w ramach zabezpieczenia medycznego udała się na sto procent i jako cały team dostaliśmy wiele miłych słów od osób z EOC, czyli Europejskiego Komitetu Olimpijskiego. 

Medycyna ratunkowa też jest Panu bliska.

– Zdecydowanie tak, pracowałam 11 lat w SOR w Szpitalu Uniwersyteckim w Krakowie. Teraz nadal jestem związany z medycyną ratunkową, ponieważ mam zajęcia ze studentami V i VI roku ze School of Medicine CM UJ, które po prostu uwielbiam. Są to zajęcia praktyczne w oddziale ratunkowym. Staram się wrzucać studentów na głęboką wodę, żeby mogli pracować praktycznie jak lekarze przy opiece nad pacjentami.

Otrzymał Pan trzeci rok z rzędu tytuł Best Teacher Award, więc te pozytywne uczucia są odwzajemnione.

– Tak, jest to bardzo miłe. Lubię moich studentów, zawsze są zaangażowani w zajęcia. Niejednokrotnie chcą je przedłużać, żeby coś więcej zobaczyć, nauczyć się. Są bardzo  ambitni, jeśli chodzi o zdobywanie wiedzy.

Co jeszcze sprawia Panu radość? Zapewne sport.

– Jeżdżę na rowerze i na nartach. Wiele lat temu startowałem w mistrzostwach  świata lekarzy w kolarstwie szosowym,  a narciarstwem zaraziła mnie żona. Pasję tą przekazaliśmy naszym córkom i obecnie jeździmy już razem, a z żoną naszą wspólną pasją stał się ski-touring. 

Jeśli chodzi o amatorskie uprawianie sportu, nie ma Pan poczucia, że lekarze sportowi są trochę niedoceniani? Coraz więcej osób bierze udział w maratonach czy wyścigach rowerowych, ale ja akurat nie słyszę, żeby ktokolwiek z nich się przed tymi zawodami badał.

– Sądzę, że podejście do badań lekarsko-sportowych się zmienia. Coraz więcej osób przychodzi do poradni medycyny sportowej, żeby je wykonywać lub np. zrobić EKG wysiłkowe przed startami w zawodach. Głównie są to osoby w wieku 35, 45 plus. Bierze się to też stąd, że w mediach coraz częściej mówi się np. o przeciążeniach stawów po maratonach, czasem także o tragicznych zdarzeniach, w tym zgonach podczas takich imprez – na szczęście są to jednostkowe przypadki. W Polsce badania przed startami w zawodach nie są wymagane, inaczej to wygląda np. we Włoszech przy biegach wysokogórskich, ale powoli zbliżamy się do Zachodu i liczę na zmiany w tej kwestii. Oczywiście my jako specjaliści medycyny sportowej, zanim podpiszemy się pod tym, czy dany zawodnik nie ma przeciwwskazań do startu w zawodach, też wymagamy szeregu badań. Dotyczy to również dzieci, które w dużej większości wyglądają na zdrowe, a podczas badań profilaktycznych można wykryć u nich jakieś nieprawidłowości.

Rozmawiała Katarzyna Domin

Zdjęcia: arch. Karola Malca