Timothy Snyder, Amerykańska choroba. Szpitalne zapiski o wolności

Nie wiem, czy rekomendować tę książkę polskiemu czytelnikowi, zwłaszcza lekarzowi, jest to bowiem zapis doświadczeń pacjenta, z jakimi w Europie można się było spotkać przed stuleciem. Tyle, że rzecz nie dzieje się w kolonialnej Afryce, lecz jest obrazem stanu aktualnego w jednym z najbogatszych krajów świata, dokładniej w szpitalu New Haven w stanie Connecticut. Obraz ten kreśli ze szpitalnego łóżka ciężko doświadczony pacjent, a zarazem światowej rangi historyk i politolog, profesor Uniwersytetu w Yale, wykładowca Oxfordu, autor takich dzieł jak „O tyranii”, „Droga do niewolności. Rosja, Europa, Ameryka” czy innych książek o współczesnych przemianach Europy Wschodniej. Snyder nota bene biegle włada językiem polskim, w którym nakreślił oryginalny szkic o percepcji inwokacji do „Pana Tadeusza” Mickiewicza, także w ujęciu litewskim i białoruskim. 

Ale nie o biografii Snydera, znanego też z łamów „Tygodnika Powszechnego”, lecz o jego perypetiach szpitalnych, które pozwoliły mu na porównania amerykańskiego systemu opieki zdrowotnej z europejskim, jest ta książka. Zaczęło się banalnie, 3 grudnia 2019 roku w Monachium, od zapalenia wyrostka robaczkowego, przeoczonego wtedy przez miejscowych lekarzy. Po powrocie do kraju, w rezultacie infekcji, uformował mu się na wątrobie ropień rozmiaru piłki tenisowej, zdiagnozowany na oddziale ratunkowym szpitala w New Haven.  Było to 29 grudnia 2019 roku, po południu. W SOR przeleżał 3 godziny za jakąś zasłonką, gdzie nikt się nim nie zajmował (przypuszczano, że ma grypę), dopóki nie stwierdzono 40 stopni gorączki. Po 17 godzinach został zoperowany. Pomińmy ciąg dalszy terapii, bowiem istotą barwnej opowieści Snydera jest pełen wściekłości (to określenie autora) opis komercyjnego systemu opieki zdrowotnej w USA.

Jego opowieść z New Haven, także ze szpitala na Florydzie, ma charakter potoczny, niemal plotkarski. Oto lekarze zachodzą do łóżka szpitalnego albo nie zachodzą, do kartotek pacjenta z reguły nie zaglądają, bo liczy się tylko własna a nie poprzedników diagnoza, zresztą co tam historia choroby. Pielęgniarki też nie słuchają pacjenta w żadnej kwestii. Leki, m.in. antybiotyki, podawane są z całkowitym zlekceważeniem sugerowanych godzin przyjmowania. Masz człowieku wysoką gorączkę, podłączony respirator i parę innych kabli, twoim pragnieniem jest dotarcie do toalety, ale nie możesz, więc liczyć możesz prędzej na pomoc pobliskiego pacjenta niż personelu. Pościel zmienią, ale nie wtedy, kiedy to konieczne. „Gdy wkłuto mi igłę do kręgosłupa przy biopsji, asystentka równocześnie odbywała rozmowę przez telefon komórkowy”. Trudno tę skalę upokorzenia – pisze też Snyder – jakiego doznaje człowiek podczas pobytu w szpitalu amerykańskim, przedstawić prawdziwie.

Niemniej czyni to przekonująco, przeobrażony na łóżku szpitalnym w reportera. Przy okazji przedstawia porównawczo przeżycia ciężarnej żony na wspomnianej Ziemi Kwiatów (Floryda) oraz w Wiedniu. Analogie są bulwersujące. Jak dalece hańbiący człowieka jest amerykański system opieki zdrowotnej, w którym logika finansowa dominuje nad medyczną, jest nie do opisania. Cierpienie, według tutejszej praktyki, jest sprawą osobistą. Nikt nie żali się na złe samopoczucie. Taka jest obyczajowość, wywiedziona zresztą z historii Stanów Zjednoczonych. Bo milczenie na temat bólu od czasów zdobywania Dzikiego Zachodu jest świadectwem „męskości”. Zresztą na wszystko są tabletki. Czasem przemycane, np. z Meksyku.

Pisze to człowiek szerokich horyzontów, przedstawiciel amerykańskiej elity naukowej, więc nie brakuje w książce porównań ze światem –  oto wskaźnik śmiertelności stawia USA za Albanią, Kazachstanem czy Chinami, gdzieś na siedemdziesiątym miejscu w świecie (!). Amerykanie umierają młodziej niż mieszkańcy większości krajów Unii Europejskiej czy sąsiedniej Kanady. Pamiętajmy, że gdy wybuchła pandemia koronawirusa, w całym USA zabrakło masek i fartuchów dla lekarzy oraz łóżek i respiratorów dla pacjentów, to ludzie Trumpa głosili, że zagrożenia wynikające z potencjalnych zakażeń to europejski wymysł.  „Epidemia to bzdura albo wymysł Chin.  Zresztą cud nas wyzwoli” – powtarzali.  Przyczyniło się to do śmierci setek tysięcy ludzi. Dlatego Timothy Snyder oskarża amerykański system opieki zdrowotnej, uznając go za kompromitujący przykład łamania praw człowieka w USA.

Problemy często nie dotyczą jednak najbogatszych mieszkańców Stanów, z których wielu, by się leczyć, ucieka do Europy – Holandii, Francji, Belgii, Niemiec, Włoch. Polska też jest na tej liście, zwłaszcza nasza stomatologia jest w wysokiej cenie. Tymczasem przez wielu Polaków, dodajmy od siebie, zafascynowanych amerykańską demokracją, fakt pełnego wad społecznego systemu opieki zdrowotnej w USA jest pomijany. Wolimy ponarzekać sobie na kolejki do specjalistów w naszym kraju, zapominając, że dostęp do publicznej ochrony zdrowia to jeden z kryteriów wolności.

Jednocześnie nikt nie kwestionuje osiągnięć amerykańskiej medycyny, wysokich nakładów na badania naukowe i eksperymenty kliniczne, dokonań uczonych. Tyle, że ów świat w sferze lecznictwa dotyczy wybranych, elity finansowej, gwiazd kultury, farmaceutycznego biznesu. A książka Snydera obnaża gigantyczne oszustwo wolnego świata. Czyta się świetnie, ale nie jest to tchnienie optymizmu.

Stefan Ciepły